Myśl dnia:

W sprawach sumienia nie ma miejsca dla praw większości.
Ghandi
Sobota 13 marca 2010
Bożeny, Krystyny oraz Marka
Jeśli wybrana stacja nie odtwarza muzyki należy zaktualizować program Windows Media Player. Aby to zrobić kliknij tutaj
Jeśli wybrana stacja nie odtwarza muzyki należy zaktualizować program Windows Media Player. Aby to zrobić kliknij tutaj
Jeśli wybrana stacja nie odtwarza muzyki należy zaktualizować program Windows Media Player. Aby to zrobić kliknij tutaj
Jeśli wybrana stacja nie odtwarza muzyki należy zaktualizować program Windows Media Player. Aby to zrobić kliknij tutaj
Jeśli wybrana stacja nie odtwarza muzyki należy zaktualizować program Windows Media Player. Aby to zrobić kliknij tutaj

Sebastian Drobczyński: Tusk nie chce, by kandydat PO został prezydentem


Powiększ tekst Pomniejsz tekst

O możliwych przyczynach decyzji premiera, szansach Lecha Kaczyńskiego na reelekcję oraz o „kampaniofilii" w polskiej polityce mówi w rozmowie z Netbird.pl praktyk marketingu politycznego i public relations Sebastian Drobczyński.

Sebastian Drobczyński
Sebastian Drobczyński

Donald Tusk nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich. Który z potencjalnych kandydatów PO na prezydenta byłby „łatwiejszy do sprzedania” wyborcom: Bronisław Komorowski czy Radosław Sikorski?

Zdecydowanie Radosław Sikorski, i to z wielu przyczyn. Ale mówiąc o decyzji premiera, o niekandydowaniu oraz o tym, który kandydat PO miałby większe szanse, musimy cofnąć się przynajmniej rok wstecz. Gdyby bowiem Tusk podjął tę decyzję rok temu, wówczas każdy z tych kandydatów miałby realne szanse, żeby zostać prezydentem. Mam jednak wrażenie, że premier umyślnie opóźnił tę decyzję o rok po to, żeby nikt z Platformy nie wygrał wyborów prezydenckich.

To bardzo ciekawa koncepcja. Dlaczego premier miałby nie chcieć zwycięstwa kandydata PO?

Z prostego powodu. Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim nie wygrał. Dzisiaj więc, gdyby inny kandydat z PO wygrał z Kaczyńskim, od razu zyskałby dużo silniejszą pozycję niż Tusk. Stałby się przynajmniej równoprawnym partnerem w polityce. Z punktu widzenia marketingu politycznego czy kampanii wyborczej nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego premier przez rok zwleka z podjęciem tej decyzji. Już kiedy Tusk spotykał się ze stoczniowcami ze Szczecina, powiedziałem, że kampanii prezydenckiej nie wygra. Pokazał niestety swoją słabość w kontakcie bezpośrednim. A dlaczego – oficjalnie – aż przez rok bił się z myślami? Nie potrafię odpowiedzieć. Polityk nigdy nie przyznaje się do rocznego zastanawiania się, chyba że robi to specjalnie. Przecież rok temu mógł już powiedzieć: „nie kandyduję, tworzymy wizerunek nowej, silnej jednostki, która wejdzie do pałacu prezydenckiego” – ten kandydat miałby wówczas 21 miesięcy, teraz ma raptem 9 miesięcy.

Wracając natomiast do pytania: Sikorski czy Komorowski, przeformułowałbym je na pytanie o to, któremu z kandydatów PO w ogóle pomoże w kampanii wyborczej. Komorowski jest w Platformie znacznie dłużej, 4 lata dłużej niż Sikorski. Szef MSZ to specyficzna, nietuzinkowa postać. Komorowski z pewnością też, ale popatrzmy na skalę porównawczą. Dziś dyskutujemy czy Komorowski, czy Kaczyński – a PO wyjdzie krok do przodu i stworzy wizerunek Sikorskiego – znacznie młodszego od prezydenta. Byłoby mu łatwiej przyjąć ten urząd w tym roku i za kolejne 5 lat. Sikorski jest bardziej charyzmatyczny, bardziej medialny. Komorowski to mąż stanu, którego nikt nie zna. O prezydenturę będzie trzeba walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć. Jeżeli ktoś realnie myśli o zwycięstwie, będzie musiał zadać sobie pytanie: jak wygrać z tak trudnym przeciwnikiem, jakim jest Kaczyński. Prezydent ma w swoich szeregach świetny zespół, który może wygrać wybory. A więc powrót do pytania o to, któremu z kandydatów pomoże Platforma. Czy część działaczy nie pomyśli – skoro Tusk nie kandyduje, to dlaczego mamy pomagać komuś innemu? Na podstawie doświadczenia praktycznego stawiam tezę, że autorem sukcesu wyborczego będzie partia polityczna, a nie jednostka będąca kandydatem. Pod pojęciem partia polityczna rozumiem struktury, doświadczenie i zgrany zespół gotowy do poświęceń. To pewnego rodzaju partiotyzacja kampanii wyborczej – jeżeli partia pomoże kandydatowi, ma on szanse, jeżeli nie, nie ma żadnych szans. Zarządzanie kampanią jest zagadnieniem na osobną rozmowę – jest kilkaset sztabów, wymaga to czasu, ludzi, energii, zaangażowania i pieniędzy. W tej chwili jest za mało czasu, aby wszystko dopiąć na ostatni guzik. A przecież partia pomaga w tej chwili już premierowi, rządowi, a nadchodzą również wybory samorządowe. Przed kandydatem PO na prezydenta trudne zadanie.

Uważa Pan zatem, że Lech Kaczyński ma szanse na przekroczenie tych magicznych 30 procent w drugiej turze, które dają mu wszystkie sondaże wyborcze?

Bardzo wielu specjalistów, jak i polityków, nie doceniło zespołu prezydenta Kaczyńskiego w wyborach w 2005 roku. Właśnie ten zgrany zespół jest największą szansą prezydenta. Zawsze powtarzam, że zwycięstwo w kampanii wyborczej (porównując kandydatów z PO i PiS) uzależnione jest od zespołu. Cała sztuka kierowania kampanią wyborczą polega na tym, że jeżeli mam zgrany zespół, który się rozumie, jesteśmy w stanie zrobić bardzo wiele. W przeciwnym razie motamy się jak ryba w wannie. Myślę, że obecny prezydent oraz jego małżonka to bardzo poważni przeciwnicy. Z punku widzenia pragmatyzmu zawodowego nie powinniśmy jednak nie doceniać ludzi z otoczenia prezydenta. Myślę o Michale Kamińskim, Adamie Bielanie oraz o dziesiątkach innych osób, które na ten wizerunek pracują. O wielu z nich przecież nie wie przeciętny Kowalski. Co równie ważne – Kaczyński się nie podda. Trzeba sobie uświadomić, że nie jest łatwo walczyć z urzędującym prezydentem. Proszę pamiętać: w czasie kampanii wyborczej obok lidera liczy się zespół tworzący wizję kampanii – PO nie potrafiło przez 6 lat znaleźć odpowiedzi na pytanie, jak zminimalizować szanse wyborcze prezydenta Kaczyńskiego.

1 2 >
Drukuj Poleć znajomemu

4.00

  • Kefirreli 0 vote_up vote_down około 1 miesiąc temu
    Teza, że Tusk może nie chcieć zwycięstwa innego platformersa nad Kaczyńskim, owszem, ciekawa. Podobnie jak uwaga o kampaniofilii. Reszta to napawanie się własnymi słowami, typowe raczej dla teoretyka marketingu niż fachowca od jego uprawiania. Jeśli w przypadku Olechowskiego wszystko może się zmienić, to dlaczego w przypadku np. Morawieckiego już nie? Trochę krótka ta kołdra... Czytamy w wizytówce pod tekstem, że Sebastian Drobczyński to "twórca wielu udanych kampanii wyborc czytaj dalej